Podczas tych przejazdów przeszliśmy chrzest bojowy. Za pierwszym razem - gdy drezyna zgubiła zabezpieczenie do korbowodu. Byliśmy 4 kilometry od Stegny i odpadł korbowód. Klapa. Drezyna nie chciała ruszyć, ani do przodu, ani do tyłu. Zaklinowała się. PLASER (jeszcze wtedy się tak nie nazywał) skoczył po jakieś narzędzia i gwóźdź do wioski. Wchodzi pomiędzy zabudowania, a tam kompletna cisza. Puka do jednych drzwi, drugich... przy nastych ktoś się zlitował, i "przy niedzieli" pożyczył narzędzi... Od tego czasu zawsze wozimy niezbędnik na nasze wyprawy.
Korzystając z wolnej od pracy niedzieli (jakby ktoś nie wiedział, to są tacy co i w weekendy zasuwają np. kolejarze) skorzystałem z zaproszenia Plasera do przejazdu kiwajką z Kartuz do...kąd się da, choć wstępnie mowa była o Żukowie Zachodnim. Do Kartuz dotarliśmy z Gdańska smrodobusem w składzie Plaser z Plaserową, Plaser Młodszy z Plaserową Młodszą oraz ja. Chwile potem zjawił się KMR. Chwileczkę zajęło odpięcie drezyn od koziołka i postawienie na szynach, jeszcze mała sesja fotograficzna i w drogę. Zaraz na samym początku pani dróżniczka w Kartuzach zamknęła specjalnie dla nas rogatki co wprawiło nas w przedni nastrój.